Powszechnie wiadomo, że w większości pierwszy rower dostajemy jeszcze jako mali ludkowie, podobnie było ze mną, ale tak na prawdę zainteresowałem się jazdą w szkole średniej. Pierwszy rower MTB i szaleństwo po lasach, potem niestety dłuuuuga przerwa aż do teraz i zaczynam trochę poważniej, czyli trening i zdrowszy styl życia.
Moja przygoda z rowerem nie była ani długa ani zbyt fascynująca, ale większość z was od młodzieńczych lat interesowała się rowerem na poważnie. Zakładam ten temat, bo może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi wspomnieniami.
(Jeżeli nie będzie chętnych, proszę usunąć temat).
Wasze początki przygody z rowerem
Started By
Lukasz Kwiatkowski
, 23 lis 2012 13:20
9 odpowiedzi w tym temacie
#2
Napisano 23 listopad 2012 - 14:07
rowerem jeździłem od małego choć w moich czasach nie było wielkiego wyboru
kiedyś, rodzicom udało się kupić (rzucili do sklepu) rower turystyczno-sportowy z przerzutkami
mmmm to był luksus i szał a miałem wtedy pewnie poniżej 15 lat
potem dojazdy do szkoły, praca, rodzina i człowiek nie miał czasu
10 lat temu kupiłem jakiś górski i czasem latałem po lesie bo szosą to ciężko się jechało
starałem się jednak coś dla ciała robić bo miałem dość statyczną/siedząca pracę
chodziłem na basen ale chlor nie bardzo mi służył i ciągle coś z gardłem miałem
3 lata temu zacząłem mieć problemy z kolanami, lekarze jak wiadomo niewiele pomogą
nie mogłem wyjść z wanny, ukucnąć a tabletki niewiele pomagały
jako, że basen się urwał chciałem biegać i zacząłem ale kolana były mocno obciążane
kupiłem więc stary rower szosowy i zacząłem jeździć
z kolanami mniej problemów, mogę kucnąć i wstać a i kolarstwo mnie zaczęło wciągać mocniej
rok temu wymieniłem rower, mam trochę gadżetów, ciuchów na każdą porę i czerpie radość z jazdy
nie trenuję, jeżdżę jak mam czas i ochotę
kiedyś, rodzicom udało się kupić (rzucili do sklepu) rower turystyczno-sportowy z przerzutkami
mmmm to był luksus i szał a miałem wtedy pewnie poniżej 15 lat
potem dojazdy do szkoły, praca, rodzina i człowiek nie miał czasu
10 lat temu kupiłem jakiś górski i czasem latałem po lesie bo szosą to ciężko się jechało
starałem się jednak coś dla ciała robić bo miałem dość statyczną/siedząca pracę
chodziłem na basen ale chlor nie bardzo mi służył i ciągle coś z gardłem miałem
3 lata temu zacząłem mieć problemy z kolanami, lekarze jak wiadomo niewiele pomogą
nie mogłem wyjść z wanny, ukucnąć a tabletki niewiele pomagały
jako, że basen się urwał chciałem biegać i zacząłem ale kolana były mocno obciążane
kupiłem więc stary rower szosowy i zacząłem jeździć
z kolanami mniej problemów, mogę kucnąć i wstać a i kolarstwo mnie zaczęło wciągać mocniej
rok temu wymieniłem rower, mam trochę gadżetów, ciuchów na każdą porę i czerpie radość z jazdy
nie trenuję, jeżdżę jak mam czas i ochotę
#3
Napisano 23 listopad 2012 - 14:08
lubie takie tematy, bo lubie to forum, kocham rower, a nie dokońca jestem "lycra i pulsometr".
na rowerze smigałem od kąd tylko pamiętam - tata mocno mnie tym zarażał, zaczelo sie standardowo, 4 kółka, pózniej 2, juz wtedy byłem dosc dobry, inni grali w piłkę, a ja jeździłem na swoim składaczku, pózniej siostra dostała rower na komunie, Author hollywood, 24 koła, rózowo-biała damka... ahh... siostra nie jeździła, za to jeździłem ja i w wieku 8 lat zrobiłem z tata jednodniową wycieczke 132km!
pózniej zaczelo mnie ciągnąc do grawitacji, mialem 2-3ech kolegow ktorzy daawno temu, przed czasami for, youtube, skakali sobie w stylu, ktory ciezko było by dziś nazwać - stunto-streeto-trial, ja starałem sie naśladowac, pózniej era internetu itd, i zaczelem skakać, poziom był niezly, ekipa sie rozpadła niestety, ponieważ byłem najmłodszy (i chyba najbardziej zdeterminowany) zostałem, nadal jeżdze w streecie, nawet dośc nieźle myśle, współpracuje lekko z najlepszą polską firmą na tym rynku, ale z czasem zaczęło mnie ciągnąc do swiata rowerowego dalej, sytuacja finansowa w domu sie polepszyła, a i ja sam mialem juz taki wiek, że mogłem pracować... i tak miałem juz 2 szosy, z ojcem na spółke fulla 160mm/160mm, ostre koła, itd...
dzis obecnie nie mieszkam w chwilowo w moim rodzinnym kołobrzegu, ale i tak mam z 4 rowery, fulla niestety odpusciłem, ponieważ nie da sie miec roweru na spółke, i tak dalej hopsam sobie w streecie, latam na ostrym, chociaz ostatinmi czasy czuje potrzebe przełaju... dziwnie mam, chce pojeździć w każdym stylu, rower jest piękny w każdym aspekcie, czy to skakanie po miescie, czy szosa, czy XC, FR, DH...
chyba tylko rowery stacjonarne mnie w ogóle nie ciągną :mrgreen:
na rowerze smigałem od kąd tylko pamiętam - tata mocno mnie tym zarażał, zaczelo sie standardowo, 4 kółka, pózniej 2, juz wtedy byłem dosc dobry, inni grali w piłkę, a ja jeździłem na swoim składaczku, pózniej siostra dostała rower na komunie, Author hollywood, 24 koła, rózowo-biała damka... ahh... siostra nie jeździła, za to jeździłem ja i w wieku 8 lat zrobiłem z tata jednodniową wycieczke 132km!
pózniej zaczelo mnie ciągnąc do grawitacji, mialem 2-3ech kolegow ktorzy daawno temu, przed czasami for, youtube, skakali sobie w stylu, ktory ciezko było by dziś nazwać - stunto-streeto-trial, ja starałem sie naśladowac, pózniej era internetu itd, i zaczelem skakać, poziom był niezly, ekipa sie rozpadła niestety, ponieważ byłem najmłodszy (i chyba najbardziej zdeterminowany) zostałem, nadal jeżdze w streecie, nawet dośc nieźle myśle, współpracuje lekko z najlepszą polską firmą na tym rynku, ale z czasem zaczęło mnie ciągnąc do swiata rowerowego dalej, sytuacja finansowa w domu sie polepszyła, a i ja sam mialem juz taki wiek, że mogłem pracować... i tak miałem juz 2 szosy, z ojcem na spółke fulla 160mm/160mm, ostre koła, itd...
dzis obecnie nie mieszkam w chwilowo w moim rodzinnym kołobrzegu, ale i tak mam z 4 rowery, fulla niestety odpusciłem, ponieważ nie da sie miec roweru na spółke, i tak dalej hopsam sobie w streecie, latam na ostrym, chociaz ostatinmi czasy czuje potrzebe przełaju... dziwnie mam, chce pojeździć w każdym stylu, rower jest piękny w każdym aspekcie, czy to skakanie po miescie, czy szosa, czy XC, FR, DH...
chyba tylko rowery stacjonarne mnie w ogóle nie ciągną :mrgreen:
#4
Napisano 23 listopad 2012 - 14:10
Rower towarzyszy mi od najmłodszych lat.
W czeluściach albumów ze zdjęciami tkwi gdzieś zdjęcie jak miałem roczek i zachrzaniałem na trójkołowcu z pedałami w przednim kole... pierwsze ostre hehehehe
Był to rok 88.
Potem cały czas miałem jakieś rowery.
Na 3 lub 4 urodziny dostałem rowerek z bocznymi kółkami, z kierunkowskazami, ale był lans na dzielni.
Pierwszy rower bez bocznych kółek to Reksio, a następnie Salto, którego na okolicznych krawężnikach nie raz mocno katowałem. Zresztą wszyscy koledzy z podwórka katowaliśmy rowery. Hamulec torpedo i kto zrobi najdłuższego ślizga. Rozsypywanie piachu dla lepszego poślizgu i kręcenia bączków.
Potem w okolicach komunii pojawił się ciężki jak cholera rower ściągnięty z Włoch, miał już przerzutki, terenowe opony i Canti w których cały czas rozwalałem śrubę od hampla. Na tym rowerze pokonywało się pierwsze małe schody, bo koło 26 cali na to spokojnie pozwalało. Zaliczył też pierwsze wypady w teren.
Kolejnym rowerem był Gary Fisher Tarpon już na Vkach, z osprzętem Acera/Alivio. Na tym rowerze zrobiłem setki kilometrów i nigdy mnie nie zawiódł. Rower był dużo lżejszy od poprzedniego. Jazda na nim to była czysta przyjemność. Służył do wypadów na i za miasto. Na dojazdy do pierwszej pracy i w ogóle.
W międzyczasie jeździłem też kilka lat na deskorolce i pasja do skoków mi pozostała, więc w domu pojawił się BMX. Jednak brak czasu i eksplozja chęci do dalszych wypadów spowodowała że bmx zaczął się kurzyć i w końcu go sprzedałem.
Tarpon przestał mi wystarczać i zapragnąłem mieć coś nowego, na dobrym osprzęcie. Kupiłem... drugiego Gary Fisher tym razem Big Sur. Jest on ze mną do tej pory, już prawie 6 lat. W między czasie wymieniłem mu praktycznie wszystko, pozostała rama, widelec, hamulce. Teraz jeździ na XTRze i lekkich wytrzymałych kołach. Z wagi zszedłem z 13kg ponizej 10kg.
Niestety któregoś razu odkryłem że ktoś "bawił" się moją przednią przerzutką i wygiął mi prowadnicę. Przez ten incydent kupiłem rower na miasto. Na allegro znalazłem starego Rometa Sporta i przerobiłem go na singla. Super rower na miasto. Hehe, licytacja tego roweru kończyła się jak byłem z dziewczyną w kinie, więc walczyłem o niego przez telefon z narzuconą kurtą na głowę, żeby innych nie wkurzać światłem.
A tydzień temu pojawiło się kolejne moje marzenie, czyli szosa na carbonie na porządnym osprzęcie
W czeluściach albumów ze zdjęciami tkwi gdzieś zdjęcie jak miałem roczek i zachrzaniałem na trójkołowcu z pedałami w przednim kole... pierwsze ostre hehehehe
Potem cały czas miałem jakieś rowery.
Na 3 lub 4 urodziny dostałem rowerek z bocznymi kółkami, z kierunkowskazami, ale był lans na dzielni.
Pierwszy rower bez bocznych kółek to Reksio, a następnie Salto, którego na okolicznych krawężnikach nie raz mocno katowałem. Zresztą wszyscy koledzy z podwórka katowaliśmy rowery. Hamulec torpedo i kto zrobi najdłuższego ślizga. Rozsypywanie piachu dla lepszego poślizgu i kręcenia bączków.
Potem w okolicach komunii pojawił się ciężki jak cholera rower ściągnięty z Włoch, miał już przerzutki, terenowe opony i Canti w których cały czas rozwalałem śrubę od hampla. Na tym rowerze pokonywało się pierwsze małe schody, bo koło 26 cali na to spokojnie pozwalało. Zaliczył też pierwsze wypady w teren.
Kolejnym rowerem był Gary Fisher Tarpon już na Vkach, z osprzętem Acera/Alivio. Na tym rowerze zrobiłem setki kilometrów i nigdy mnie nie zawiódł. Rower był dużo lżejszy od poprzedniego. Jazda na nim to była czysta przyjemność. Służył do wypadów na i za miasto. Na dojazdy do pierwszej pracy i w ogóle.
W międzyczasie jeździłem też kilka lat na deskorolce i pasja do skoków mi pozostała, więc w domu pojawił się BMX. Jednak brak czasu i eksplozja chęci do dalszych wypadów spowodowała że bmx zaczął się kurzyć i w końcu go sprzedałem.
Tarpon przestał mi wystarczać i zapragnąłem mieć coś nowego, na dobrym osprzęcie. Kupiłem... drugiego Gary Fisher tym razem Big Sur. Jest on ze mną do tej pory, już prawie 6 lat. W między czasie wymieniłem mu praktycznie wszystko, pozostała rama, widelec, hamulce. Teraz jeździ na XTRze i lekkich wytrzymałych kołach. Z wagi zszedłem z 13kg ponizej 10kg.
Niestety któregoś razu odkryłem że ktoś "bawił" się moją przednią przerzutką i wygiął mi prowadnicę. Przez ten incydent kupiłem rower na miasto. Na allegro znalazłem starego Rometa Sporta i przerobiłem go na singla. Super rower na miasto. Hehe, licytacja tego roweru kończyła się jak byłem z dziewczyną w kinie, więc walczyłem o niego przez telefon z narzuconą kurtą na głowę, żeby innych nie wkurzać światłem.
A tydzień temu pojawiło się kolejne moje marzenie, czyli szosa na carbonie na porządnym osprzęcie
#6
Napisano 23 listopad 2012 - 20:33
W moim dzieciństwie kolarstwo szosowe kojarzyłem jedynie jako młodość mojego ojca bo ścigał się przez kilka lat w Piaście Słupsk a z kilkoma znanymi dziś legendarnymi nazwiskami nierzadko dzielił wspólny hotelowy pokój na wyjazdach (Jaskóła, Piasecki...). Wtedy jednak nie rozumiałem magii szosy i "jarał" mnie rower górski (wówczas jeszcze totalny sztywniak na stalowej ramie), błoto itepe... Wycieczki 30-50 km to były moje maksymalne osiągnięcia a jeździłem dla przyjemności a nie poprawy wyników (choć nie oznaczało to, że wolno i spokojnie...
). W czasie studiów dłuuuga przerwa. Dopiero 3 lata temu znów się zaczęło. Pierwszą szosę, retro, kupiłem jako dojazdówkę do pracy. A skończyło się na tym, że obecnie jeżdzę już na trzeciej szosówce, mam za sobą dwa pełne sezony i przez namowy jednego ze szczecińskich koxów (pozdro Wober :mrgreen: ) pokochałem rywalizację i ścigam się w maratonach szosowych a pory roku wyznaczone są przez przypisane im wielkie toury i legendarne klasyki :-P .
Do szosy trzeba dojrzeć. ;-)
Do szosy trzeba dojrzeć. ;-)
#8
Napisano 24 listopad 2012 - 20:30
Moim pierwszym rowerem był trójkołowiec z napędem na przód i kiprem
potem był składak Pelikan od kuzynki. Dostałem go jak pamiętam jeszcze w przedszkolu. Niestety połamałem w nim ramę (na zawiasie). Potem był kolejny składak Uniwersal w połowie podstawówki, po pewnym czasie załozyłem zamiast tylnego koła z hamulcem torpedo wolnobieg i przerzutki . Tu także udało mi się ramę połamać na zawiasie i na początku technikum śmigałem na stalowym góralu. Tu udało mi się urwać główkę ramy. Kolejny był full gdzieś na studiach. Połamałem w nim tylny wahacz (na gwarancji jeszcze) i spaliłem klocki hamulcowe na jednym zjeżdzie (rozsmarowały sie dosłownie po feldze) a potem była samodziałka z zawieszeniem i hamulcami od motoroweru (bębny wytrzymywały znacznie lepiej ostre hamowania bez przegrzewania się). Potem długo nic i w zawitał 2011 aluminiowy góral z tarczami i pełnym zawieszeniem. Od około miesiąca składam i modzę kolejny wynalazek opisany w temacie projekt a3r0. Ten ma szanse przetrwać bo do wariactw jest MTB
#9
Napisano 25 listopad 2012 - 21:41
" Do szosy trzeba dojrzeć "
Jeżeli to prawda to dojrzałem bardzo szybko . Wychowałem się w mieście gdzie był betonowy tor kolarski i na centralnym placu' szczekaczka" radiowa i w maju na Wyścigu Pokoju tłumy słuchające transmisji . Pierwszy rowerek mały i nauka z kijem za plecami . Na drugim już wskakiwałem na tor , jeździli starsi bracia , ich kumple . Po prostu musiałem . Pierwszy wyścg w 68 roku , tym samymw którym zginął mój ojciec , oczywiście na rowerze . Jak kupiłem pierwszą prawdziwą szosówkę mama płakala . Przez kilka lat trenowałem siatkówkę więc siłą rzeczy rower był trochę z boku. Ale jednak był zawsze i zawsze szosa . Kiedyś próbowałem MTB , startowałemi organizowałem zawody , ale szosa to pasjamiłość i wariactwo w jednym . Od wielu lat mamy grupę - razem trenujemy i startujemy oraz zarażamy innych.
Rowery tylko cztery , ale to się zmieni .
Mam lepsze ale najbardziej jestem dumny ze stalówki Mosera z lat osiemdziesiątych . Jest tak na pokaz , że w tym roku nie przejechałem na niej nawet kilometra . A nawet koła napompowane .
Żona jeźdz iod kilku lat , po 25 latach nieustannego namawiania nareszcie wzięło ją potężnie.
Jeżeli to prawda to dojrzałem bardzo szybko . Wychowałem się w mieście gdzie był betonowy tor kolarski i na centralnym placu' szczekaczka" radiowa i w maju na Wyścigu Pokoju tłumy słuchające transmisji . Pierwszy rowerek mały i nauka z kijem za plecami . Na drugim już wskakiwałem na tor , jeździli starsi bracia , ich kumple . Po prostu musiałem . Pierwszy wyścg w 68 roku , tym samymw którym zginął mój ojciec , oczywiście na rowerze . Jak kupiłem pierwszą prawdziwą szosówkę mama płakala . Przez kilka lat trenowałem siatkówkę więc siłą rzeczy rower był trochę z boku. Ale jednak był zawsze i zawsze szosa . Kiedyś próbowałem MTB , startowałemi organizowałem zawody , ale szosa to pasjamiłość i wariactwo w jednym . Od wielu lat mamy grupę - razem trenujemy i startujemy oraz zarażamy innych.
Rowery tylko cztery , ale to się zmieni .
Mam lepsze ale najbardziej jestem dumny ze stalówki Mosera z lat osiemdziesiątych . Jest tak na pokaz , że w tym roku nie przejechałem na niej nawet kilometra . A nawet koła napompowane .
Żona jeźdz iod kilku lat , po 25 latach nieustannego namawiania nareszcie wzięło ją potężnie.


