Hehe... Kaznodzieja się znalazł. Litości. W którym ośrodku wyznaniowym nauczasz swoich nauk? Tak dla informacji, żebym unikał tego typu miejsc jakbym był w okolicy...
Chrystus awansował na "boga" od II wieku i to stopniowo: rok 268 Synod w Antiochii stwierdził, że Jezus Synem Bożym przez naturę (ciągle nie tożsamym z Bogiem), 325 Sobór nicejski I zapodał wyznawcom, że jednak warto podwyższyć mu status i stwierdził, że Jezus jest Bogiem i człowiekiem, zrodzony, a nie stworzony, potem to coraz bardziej eweluowało: rok 451 Sobór chalcedoński Dwie natury w Jezusie (unia hipostatyczna - znaczy bóg i człowiek w jednej naturze), rok 553 Sobór konstantynopolitański II: wszystko w Jezusie można przypisać drugiej osobie Trójcy - znaczy osobie Boga, ergo: Jezus to Bóg.
Na zdrowy rozum (ale kto z fanatycznych wierzących zdrowym rozumem chce się posługiwać) awansowanie Jezusa na Boga miało jeden cel: nadać ludziom odrobinę boskiej natury (bo Jezus będąc choć po części - a na początku TYLKO - człowiekiem, był również Bogiem...), a i przeciętnemu ludkowi łatwiej było uwierzyć w innego ludzia, niż w enigmatyczną siłę wszechmocną zwaną Bogiem, zresztą też przedstawianą w formie ludzkiej.
Sobór watykański II przypomniał, że natura ludzka została przyjęta w Chrystusie bez naruszenia jej, dlatego też także i we wszystkich ludziach uzyskała ona wzniosłą godność. Czyli: właściwie każdy z ludzi ma po części boską naturę. Wynika z tego dość ciekawy wniosek: czcij każdego człowieka, jak Boga samego. Gdyby tylko ludzie chcieli to dostrzec, podpisałbym się pod tym bez wahania.
Dziwią mnie również twierdzenia typu (świadkowie...) Jezus był pierwszym stworzeniem Boga Stwórcy, jednorodzonym Synem (por. Trójca Święta). Jest jedyny w swoim rodzaju, jest jedyną istotą, którą Bóg stworzył osobiście – bez pośrednictwa czy współpracy kogoś innego. Dziwne, że przez wieki Stary Testament tego nie obwieszczał wszem i wobec, a i mnie uczono, że Bóg przez 6 dni napracował się stwarzając wszystko po kolei (7 dnia zrobił sobie przerwę regeneracyjną), ale nigdzie w tym grafiku Jezusa nie wstawił. Pojawił się od dopiero dłuuuugo później. I parę wieków zajęło mu w chrześcijanizmie awansowanie do rangi Boga, co więcej dla przeciętnego chrześcijanina Bogiem jest Chrystus. Tylko. Niby Bóg "Ojciec" gdzieś tam jest, ale w katolicyzmie wyraźnie odszedł na emeryturę, Syn zarządza interesem.
Wyznawcy chorej religii mnożą się jak króliki.
Każda religia ma coś z szaleństwa. A jednocześnie chroni przed szaleństwem trzymając w bezpiecznych ramach ułudy.
Mnożą się? A kto Tobie zabroni? Masz nawet teraz wsparcie ekonomiczne za każdego wymnożonego w rodzinie. Do dzieła!
[...]cała masa kierujących pojazdami (bo na miano kierowcy, podobnie jak rowerzysty trzeba sobie zasłużyć) zarzyna wszelkie mechanizmy, bo teoretyczny wykresik mówi, że tu i tu trzeba zmieniać bieg. Zero wyczucia, zero wyciągania wniosków, no bo niby z czego..?
...zaraz, zaraz. Teoria kontra praktyka. Wyczuwam jakąś analogię...
Problem polega nie na tym, że to nie teoretyczny wykresik mówi, że trzeba zmieniać bieg, ale pokazuje się durnowata informacja np. w formie strzałki czy podpowiedzi kolejnego biegu przy zakresie obrotów dalece poniżej optymalnych obrotów do zmiany na wyższe przełożenie. Dyktat ekologiczny, kosztem tak żywotności silnika, ale i zużycia paliwa przy próbach przyspieszania na tak niskich obrotach, to tak jakby jadąc na rowerze jeździć na zbyt twardej kadencji. Tętno niższe, ale kolana długo tego nie zniosą.
Osobiście lubię wiedzieć jakie parametry ma silnik każdego pojazdu, który eksploatuję. I to na podstawie praktycznego wykresiku momentu/mocy danego silnika (ideał: wykres z hamowni). Wiem wtedy na jakich obrotach jeżdżę ekonomicznie (również przez prymat ekonomii eksploatacji silnika), na jakich mogę zmienić bieg, tak żeby na następnym obroty nie spadły poniżej sensownych, na jakich mogę przyspieszyć efektywnie (czyli redukcja do odpowiednich obrotów i wtedy przyspieszenie, a nie gaz do dechy na wysokim biegu, bo silnik ma 180 KM - tak, ma, ale przy 5500 obr, a przy 1,5 tys ledwo 30 KM) i do jakich obrotów podciągnąć przy przyspieszaniu, żeby nie być zaskoczony odcięciem.
Wykresy wbrew pozorom są bardzo przydatne. Pod warunkiem, że ktoś umie ich używać. Na słuch czy wyczucie to metoda prób i błędów. Można, ale przypomina to błądzenie ślepca w lesie. Pewno kiedyś znajdzie drogę, nawet może i optymalną, ale co sobie guzów nabije to jego. Mając dobrego przewodnika nauczy się szybciej.
Podobnie zresztą w kolarstwie - można na wyczucie organizmu. I owszem, zwłaszcza doświadczeni kolarze nie potrzebują właściwie do normalnej jazdy mierników mocy, pulsometrów, pomiaru kadencji. Bo przez lata eksploatacji i nauki bazując na wskazaniach tych przyrządów pomiarowych nauczyli się intuicyjnie wyczuwać kiedy ich organizm pracuje najefektywniej. Ale początkujący zyskają więcej i szybciej mając dobry pomiar i dobrą wiedzę jak z niego korzystać. Bo dla samych cyferek to sens ma taki jak obrotomierz dla gamonia, który tylko umie go wykorzystać do pokazania jak głośno warczy jego silnik przy maksymalnych obrotach.