
Maksymalna odleglosc ...
Started By
Gosc_Stas_*
, 22 sty 2007 21:57
308 odpowiedzi w tym temacie
#281
Napisano 23 styczeń 2011 - 19:51
no tak, na stronie naszego Gostyńskiego Klubu Rowerowego posty usuwane sa automatycznie co kilka miesięcy, dlatego pozwolę sobie wkleić opis trasy
Pokonać 404 km w jeden dzień i nie spaść z roweru :-)
Od kilku lat taka rowerowa eskapada była dla mnie wyzwaniem – przejechać samotnie rowerem w jeden dzień przez 5 województw - wielkopolskie, dolnośląskie (niedaleko), łódzkie (to już dalej), opolskie i śląskie (dojadę ?). Mapę, szczególnie tą administracyjną, studiowałem szczegółowo, określając jak najszybciej pokonać takie odległości. Wyliczenia wskazywały na niespełna 400-tu kilometrową trasę. Sporo. Takiej odległości nigdy wcześniej nie pokonałem rowerem w jeden dzień, choć kilka razy przejechałem jednodniowo solo 300 km. Ale dodatkowa stówa więcej ? Adrenalina z endorfiną wygrywają z niedowierzaniem i zwątpieniem. Postanawiam spróbować, w końcu jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz. Nie zamierzam się przewracać, choć jak się później okazało, kolarskie szlify na mojej rekordowej trasie zaliczyłem.
Mam urlop, to dobry czas na podróże . Dotychczas w towarzystwie moich miłych drusiów z Gostyńskiego Klubu Rowerowego (pozdrawiam ciepło) przejechałem w tegorocznym sezonie 6 tyś. km, zaliczyłem kilka wyścigów, czuje się mocny – postanawiam spróbować.
W przeddzień sprawdzenie roweru, przygotowanie podstawowego ekwipunku i tradycyjny posiłek kolarza: spora porcja makaronu z sosem pomidorowym – tzw. „ładowanie węglowodanów” kilka dni przed zaplanowanym sporym wysiłkiem jest konieczne dla efektywnego funkcjonowania organizmu. Pobudka w środę 4 sierpnia 2010 r. o godz. 4.21. Jeszcze ciemno za oknem, ale wiem , że ok. godz. 5 wstaje słońce i wtedy zamierzam wyruszyć w trasę. Słońca jednak nie ma, są na niebie natomiast ciemne deszczowe chmury, które zasiewają zwątpienie w sens wyprawy. Ostatni maraton w Łobzie, jak doskonale pamiętają Radek i Julo z GKR-u, przejechaliśmy w ulewnym deszczu, co nie należało do przyjemnych doznań :-) . Pogodowe wątpliwości usuwa moja kochana żonka, która oznajmia, że na pewno będzie ładnie. Trudno nie wierzyć :-) , zresztą wyzwanie pobudza mnie do działania, dlatego postanawiam spróbować. Wyjeżdżam tuż po 5-tej nad ranem, miasto jeszcze śpi, powietrze rześkie, temperatura 14 stopni, ja w krótkim rękawku w błękitnej klubowej koszulce GKR-u jadę w kierunku Pępowa, Smolic, Jutrosina gdzie spotyka mnie pierwszy deszcz. Wiadomo, kolarze, szczególnie Ci z GKR-u :-) twarde ludziska, jeżdżą w deszczu, zimnie, mrozie i niepogodzie, dlatego nie poddaje się. Województwo dolnośląskie czyli lasy Milicza witają mnie kolejna porcją deszczu, jednak postanawiam jechać dalej mając nadzieje na poprawę pogody. Milicz, Twardogóra, Syców, Kępno. Niebo trochę jaśnieje i minęła pierwsza setka. Na mapie jakieś te odległości wydawały się mniejsze … :-) Forma wyborna, pierwszy przystanek za Kępnem, uzupełnienie płynów i ruszam dalej w kierunku województwa łódzkiego czyli Wieruszowa. Wjeżdżam na trasę „warszawską”, asfalt wymarzony dla kolarza, ale samochodowy ruch odbiera mi przyjemność podróżowania. Kilka standardowych pytań o drogę i jest łódzkie ! Obowiązkowa fota granicy województw i śmigam dalej w kierunku Byczyny czyli województwa opolskiego, które pojawia się szybciej niż się spodziewałem. Kostów – pierwsza miejscowość tego województwa - tradycyjna fota dla niedowiarków i śmigam dalej niesiony celem podróży i energetycznymi żelkami :-) . Jest i Byczyna od której dzieli mnie 40 km do województwa śląskiego. Świadomość tego, że w drodze powrotnej musze wrócić do Byczyny tj. 80 km po tej samej trasie działa na mnie trochę de motywacyjnie, ale co to jest 80 km z 400 ? :-) . Czterdziesto kilometrowa droga z Byczyny do granicy województwa śląskiego strasznie się ciągnie, jest pagórkowata, pojawiają się pierwsze symptomy zmęczenia i zwątpienia w trakcie samotnej jazdy. Moja odpowiedź na nie jest krótka: bądź cierpliwy i „kręć”. Mijam Praszkę, Rudniki, Jaworzno. Za Julianopolem wita mnie słońcem (nareszcie) granica opolsko-śląska. Obowiązkowa fotka. Godzina 12.48. Średnia prędkość jazdy (oczywiście bez postojów) 29,11 km/h – zarypiście szybko jak na solowa jazdę. Dojeżdżam dalej w województwo śląskie do Krzepic. Stąd tylko 33 km kilometry do Częstochowy, ale to może innym razem … :-) . Wracam. Teraz do domu. Ponad 200 km za mną. Mówię sobie: jest nadzieja, do domu bliżej niż dalej :-) . Jednak teraz czeka mnie 200 km pod wiatr. Solo 200 km pod wiatr ? Ludzie nie takich rzeczy dokonywali więc jadę. Power jest we mnie, otucha kochanej żonki i nadzieja na powrót do domu przed zachodem słońca ( to za 8 godzin !). Siły ducha nie brakuje, ale odzywają się dawne kontuzje i zwątpienie w sens dalszej jazdy. Stary ból mięśnia lewej nogi staje się coraz bardziej dokuczliwy i nie opuszcza mnie aż do końca podróży. Jednak kolarze niejednokrotnie przekraczają granice bólu i ja tez tego doświadczyłem. Jechałem, kręciłem, pedałowałem, jechałem, kręciłem i pedałowałem, byle do przodu, byle bliżej domu, byle do celu.
Znowu Byczyna, opolskie, ale to już coraz bliżej do domu. 50-cio kilometrowy odcinek z Byczyny do Kępna jest bardzo męczący. Wmordewind czyli po polsku wiatr w morde , natężony ruch samochodowy i dziurawa nawierzchnia czyli najgorsze co może spotkać kolarza. Prawdziwa droga przez mękę, do tego narastający ból. Czekałem na kryzys, bo ON w dłuższej trasie zawsze przychodzi. Przyszedł. W naszym województwie, w Kępnie, po przejechanych 280 km. Osłabienie, zwątpienie w sens dalszej jazdy. Pojawiają się myśli: po co ja to robię, zsiądź z roweru, zadzwoń do domu, wrócisz do domu samochodem. Los jednak jak zwykle bywa przekorny i nic nie dzieje się bez przyczyny. Wlokąc się przez ulice Kępna pod moimi kołami niespodziewanie pojawia się piesek. Chcąc go ominąć tracę panowanie nad rowerem i zaliczam kolejne kolarskie szlify. Piesek nieświadomy mojego upadku pobiegł dalej. Zdarty łokieć, kolano, stłuczone biodro, krew, duży ból, pytania postronnych osób czy dobrze się czuję, czy wezwać pogotowie. Na szczęście nie ma złamań. Wstaję mocniejszy, jest adrenalina. Adrenalina wywołana bólem, która pobudza mnie do dalszego działania. Chcę jechać. Wiem, że dojadę do domu, to tylko jeszcze 120 km. Tak niewiele … Pagórki pod Ostrzeszowem dają się we znaki. Jest wreszcie Ostrzeszów i wspaniałe asfaltowe ścieżki rowerowe, zastanawiam się czy to Polska czy może Holandia ? Kierunek Krotoszyn przez urocze lasy i świetne asfalty. Odolanów, Sulmierzyce … kolejny kryzys i odpoczynek na mchu w leśnym chłodzie. I determinacja pomimo ciągłego bólu nogi, zostało tylko 60 km. Tylko czy aż 60 km ? I Jedno i drugie :-) . Cały czas obowiązuje zasada: bądź cierpliwy i „kręć”. W Krotoszynie kolejny postój w sklepie i kolejny litr zimnej wody na głowę i zdziwione spojrzenia przechodniów. To już nasze strony, ale okazują się strasznie niebezpieczne. We Wziąchowie jakiś szaleniec za kierownicą Audi pędząc z ogromną prędkością wyprzedza na trzeciego jadący z naprzeciwka bus i ociera się o mnie. Cudem uniknąłem czołowego zderzenia i co najmniej ciężkiej kontuzji. Odechciewa mi się dalszej jazdy. Kilka głębszych oddechów determinacji i dochodzę trochę do siebie …. Jadę, 3 dychy do domu, 3 dychy to śmieszna odległość dla kolarza, poza tym pocieszam się, że żyję. Pozostała odległość to małe piwo, które czeka w lodówce w domu :-) Z Pogorzeli tak bliziutko do domu, Szelejewo, Grabonóg, w którym nie spotykam drusia Julka z tradycyjnym zestawem :-) . Przed zachodem słońca melduję się na Orzechowej 17 witany zimnym piwem. Smakuje jak nigdy dotąd … marzenia się spełniają …
Średnia prędkość solowej jazdy 28.21 km/h, dystans 404 km, średnie tętno 139 uderzeń na minutę, 12 tys. spalonych kcal , przeżycia - bezcenne :-)
Zwątpieniu i niedowierzaniu pokazałem plecy, z napisem na koszulce „Gostyński Klub Rowerowy” … :mrgreen:
roni
Pokonać 404 km w jeden dzień i nie spaść z roweru :-)
Od kilku lat taka rowerowa eskapada była dla mnie wyzwaniem – przejechać samotnie rowerem w jeden dzień przez 5 województw - wielkopolskie, dolnośląskie (niedaleko), łódzkie (to już dalej), opolskie i śląskie (dojadę ?). Mapę, szczególnie tą administracyjną, studiowałem szczegółowo, określając jak najszybciej pokonać takie odległości. Wyliczenia wskazywały na niespełna 400-tu kilometrową trasę. Sporo. Takiej odległości nigdy wcześniej nie pokonałem rowerem w jeden dzień, choć kilka razy przejechałem jednodniowo solo 300 km. Ale dodatkowa stówa więcej ? Adrenalina z endorfiną wygrywają z niedowierzaniem i zwątpieniem. Postanawiam spróbować, w końcu jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz. Nie zamierzam się przewracać, choć jak się później okazało, kolarskie szlify na mojej rekordowej trasie zaliczyłem.
Mam urlop, to dobry czas na podróże . Dotychczas w towarzystwie moich miłych drusiów z Gostyńskiego Klubu Rowerowego (pozdrawiam ciepło) przejechałem w tegorocznym sezonie 6 tyś. km, zaliczyłem kilka wyścigów, czuje się mocny – postanawiam spróbować.
W przeddzień sprawdzenie roweru, przygotowanie podstawowego ekwipunku i tradycyjny posiłek kolarza: spora porcja makaronu z sosem pomidorowym – tzw. „ładowanie węglowodanów” kilka dni przed zaplanowanym sporym wysiłkiem jest konieczne dla efektywnego funkcjonowania organizmu. Pobudka w środę 4 sierpnia 2010 r. o godz. 4.21. Jeszcze ciemno za oknem, ale wiem , że ok. godz. 5 wstaje słońce i wtedy zamierzam wyruszyć w trasę. Słońca jednak nie ma, są na niebie natomiast ciemne deszczowe chmury, które zasiewają zwątpienie w sens wyprawy. Ostatni maraton w Łobzie, jak doskonale pamiętają Radek i Julo z GKR-u, przejechaliśmy w ulewnym deszczu, co nie należało do przyjemnych doznań :-) . Pogodowe wątpliwości usuwa moja kochana żonka, która oznajmia, że na pewno będzie ładnie. Trudno nie wierzyć :-) , zresztą wyzwanie pobudza mnie do działania, dlatego postanawiam spróbować. Wyjeżdżam tuż po 5-tej nad ranem, miasto jeszcze śpi, powietrze rześkie, temperatura 14 stopni, ja w krótkim rękawku w błękitnej klubowej koszulce GKR-u jadę w kierunku Pępowa, Smolic, Jutrosina gdzie spotyka mnie pierwszy deszcz. Wiadomo, kolarze, szczególnie Ci z GKR-u :-) twarde ludziska, jeżdżą w deszczu, zimnie, mrozie i niepogodzie, dlatego nie poddaje się. Województwo dolnośląskie czyli lasy Milicza witają mnie kolejna porcją deszczu, jednak postanawiam jechać dalej mając nadzieje na poprawę pogody. Milicz, Twardogóra, Syców, Kępno. Niebo trochę jaśnieje i minęła pierwsza setka. Na mapie jakieś te odległości wydawały się mniejsze … :-) Forma wyborna, pierwszy przystanek za Kępnem, uzupełnienie płynów i ruszam dalej w kierunku województwa łódzkiego czyli Wieruszowa. Wjeżdżam na trasę „warszawską”, asfalt wymarzony dla kolarza, ale samochodowy ruch odbiera mi przyjemność podróżowania. Kilka standardowych pytań o drogę i jest łódzkie ! Obowiązkowa fota granicy województw i śmigam dalej w kierunku Byczyny czyli województwa opolskiego, które pojawia się szybciej niż się spodziewałem. Kostów – pierwsza miejscowość tego województwa - tradycyjna fota dla niedowiarków i śmigam dalej niesiony celem podróży i energetycznymi żelkami :-) . Jest i Byczyna od której dzieli mnie 40 km do województwa śląskiego. Świadomość tego, że w drodze powrotnej musze wrócić do Byczyny tj. 80 km po tej samej trasie działa na mnie trochę de motywacyjnie, ale co to jest 80 km z 400 ? :-) . Czterdziesto kilometrowa droga z Byczyny do granicy województwa śląskiego strasznie się ciągnie, jest pagórkowata, pojawiają się pierwsze symptomy zmęczenia i zwątpienia w trakcie samotnej jazdy. Moja odpowiedź na nie jest krótka: bądź cierpliwy i „kręć”. Mijam Praszkę, Rudniki, Jaworzno. Za Julianopolem wita mnie słońcem (nareszcie) granica opolsko-śląska. Obowiązkowa fotka. Godzina 12.48. Średnia prędkość jazdy (oczywiście bez postojów) 29,11 km/h – zarypiście szybko jak na solowa jazdę. Dojeżdżam dalej w województwo śląskie do Krzepic. Stąd tylko 33 km kilometry do Częstochowy, ale to może innym razem … :-) . Wracam. Teraz do domu. Ponad 200 km za mną. Mówię sobie: jest nadzieja, do domu bliżej niż dalej :-) . Jednak teraz czeka mnie 200 km pod wiatr. Solo 200 km pod wiatr ? Ludzie nie takich rzeczy dokonywali więc jadę. Power jest we mnie, otucha kochanej żonki i nadzieja na powrót do domu przed zachodem słońca ( to za 8 godzin !). Siły ducha nie brakuje, ale odzywają się dawne kontuzje i zwątpienie w sens dalszej jazdy. Stary ból mięśnia lewej nogi staje się coraz bardziej dokuczliwy i nie opuszcza mnie aż do końca podróży. Jednak kolarze niejednokrotnie przekraczają granice bólu i ja tez tego doświadczyłem. Jechałem, kręciłem, pedałowałem, jechałem, kręciłem i pedałowałem, byle do przodu, byle bliżej domu, byle do celu.
Znowu Byczyna, opolskie, ale to już coraz bliżej do domu. 50-cio kilometrowy odcinek z Byczyny do Kępna jest bardzo męczący. Wmordewind czyli po polsku wiatr w morde , natężony ruch samochodowy i dziurawa nawierzchnia czyli najgorsze co może spotkać kolarza. Prawdziwa droga przez mękę, do tego narastający ból. Czekałem na kryzys, bo ON w dłuższej trasie zawsze przychodzi. Przyszedł. W naszym województwie, w Kępnie, po przejechanych 280 km. Osłabienie, zwątpienie w sens dalszej jazdy. Pojawiają się myśli: po co ja to robię, zsiądź z roweru, zadzwoń do domu, wrócisz do domu samochodem. Los jednak jak zwykle bywa przekorny i nic nie dzieje się bez przyczyny. Wlokąc się przez ulice Kępna pod moimi kołami niespodziewanie pojawia się piesek. Chcąc go ominąć tracę panowanie nad rowerem i zaliczam kolejne kolarskie szlify. Piesek nieświadomy mojego upadku pobiegł dalej. Zdarty łokieć, kolano, stłuczone biodro, krew, duży ból, pytania postronnych osób czy dobrze się czuję, czy wezwać pogotowie. Na szczęście nie ma złamań. Wstaję mocniejszy, jest adrenalina. Adrenalina wywołana bólem, która pobudza mnie do dalszego działania. Chcę jechać. Wiem, że dojadę do domu, to tylko jeszcze 120 km. Tak niewiele … Pagórki pod Ostrzeszowem dają się we znaki. Jest wreszcie Ostrzeszów i wspaniałe asfaltowe ścieżki rowerowe, zastanawiam się czy to Polska czy może Holandia ? Kierunek Krotoszyn przez urocze lasy i świetne asfalty. Odolanów, Sulmierzyce … kolejny kryzys i odpoczynek na mchu w leśnym chłodzie. I determinacja pomimo ciągłego bólu nogi, zostało tylko 60 km. Tylko czy aż 60 km ? I Jedno i drugie :-) . Cały czas obowiązuje zasada: bądź cierpliwy i „kręć”. W Krotoszynie kolejny postój w sklepie i kolejny litr zimnej wody na głowę i zdziwione spojrzenia przechodniów. To już nasze strony, ale okazują się strasznie niebezpieczne. We Wziąchowie jakiś szaleniec za kierownicą Audi pędząc z ogromną prędkością wyprzedza na trzeciego jadący z naprzeciwka bus i ociera się o mnie. Cudem uniknąłem czołowego zderzenia i co najmniej ciężkiej kontuzji. Odechciewa mi się dalszej jazdy. Kilka głębszych oddechów determinacji i dochodzę trochę do siebie …. Jadę, 3 dychy do domu, 3 dychy to śmieszna odległość dla kolarza, poza tym pocieszam się, że żyję. Pozostała odległość to małe piwo, które czeka w lodówce w domu :-) Z Pogorzeli tak bliziutko do domu, Szelejewo, Grabonóg, w którym nie spotykam drusia Julka z tradycyjnym zestawem :-) . Przed zachodem słońca melduję się na Orzechowej 17 witany zimnym piwem. Smakuje jak nigdy dotąd … marzenia się spełniają …
Średnia prędkość solowej jazdy 28.21 km/h, dystans 404 km, średnie tętno 139 uderzeń na minutę, 12 tys. spalonych kcal , przeżycia - bezcenne :-)
Zwątpieniu i niedowierzaniu pokazałem plecy, z napisem na koszulce „Gostyński Klub Rowerowy” … :mrgreen:
roni
#285
Napisano 28 styczeń 2011 - 17:33
Moje dystanse max.
380km w terenie w 24h na Mazovia MTB 24h 2009
450km na szosie w 24h - pierwszy dzień BB-Tour 2010
i po za konkurencją:
1035km w 64:45h na Bałtyk-Bieszczady Tour w 2010 roku
relacja na http://www.atlasteam.pl/imagis.htm
grunt to mieć dobrą psychikę no i trenować
380km w terenie w 24h na Mazovia MTB 24h 2009
450km na szosie w 24h - pierwszy dzień BB-Tour 2010
i po za konkurencją:
1035km w 64:45h na Bałtyk-Bieszczady Tour w 2010 roku

relacja na http://www.atlasteam.pl/imagis.htm
grunt to mieć dobrą psychikę no i trenować

#289
Napisano 21 luty 2011 - 18:55
409km ze średnią 31km/h. Trasa z okolic bielska pod Toruń, gdzie się dało to jedynką, a gdzie nie to bocznymi drogami. Dodam że jechałem z kolegą obaj opakowani bagażami. Miałem ochotę jechać dalej, ale kolano kolegi już nie. Może i dobrze bo pewnie moje kolano też by mogło się obrazić.
Forma była dobra po przygotowaniach do Pętli Beskidzkiej, mieliśmy ochotę dojechać do gdańska ale chyba nie te lata (albo jeszcze nie te).
Swoją drogą, pod żadnym pozorem nie polecam jazdy naszą wspaniałą drogą krajową nr 1 ;-)
Forma była dobra po przygotowaniach do Pętli Beskidzkiej, mieliśmy ochotę dojechać do gdańska ale chyba nie te lata (albo jeszcze nie te).
Swoją drogą, pod żadnym pozorem nie polecam jazdy naszą wspaniałą drogą krajową nr 1 ;-)
#291
Napisano 01 sierpień 2011 - 20:27
Mi naszła chęć na pokonanie trasy z Łomży do Kątów Rybackich za rok w lipcu lub sierpniu. To dystans około 280km. Zastanawiam się nad dwoma rzeczami:
- jaki rower wybrać: szosówkę czy górski ?
- wyznaczyć trasę głównymi drogami czy najkrótszymi prowadzącymi przez mniejsze miejscowości i mniej uczęszczane drogi ?
- jaki rower wybrać: szosówkę czy górski ?
- wyznaczyć trasę głównymi drogami czy najkrótszymi prowadzącymi przez mniejsze miejscowości i mniej uczęszczane drogi ?
Dodaj odpowiedź
