Wykopię trochę temat.
Nie będzie to rozważanie o podstępie technicznym, ale o wydolności, odnowie biologiczne, fizjologii itd.
Jestem świeżo po przeczytaniu książki "Eddy Merckx. Kanibal". Z opisów widać to, co wielu z Was wie, ale jeszcze w tym temacie nie padło (chyba, przeczytałem cały i jakoś nie zauważyłem).
W latach 60, 70 a pewnie i późniejszych zawodnicy jeździli dużo, bardzo dużo. Średnio jeden klasyczny wyścig na 1-2 tygodnie, a były i przypadki dwóch startów dziennie w nieźle płatnych kryteriach. Do tego dochodziły wyścigi torowe, keiriny itp. Wąska grupa zawodników w każdych zawodach walczyła o zwycięstwa, ale i tak wygrywał Eddy.
Dzisiaj kolarze wybierają sobie 2-3 imprezy, głownie wielkie toury plus mistrzostwa, niektórzy sławne klasyki. Resztę jadą niczym trening, ciągnąc się w połowie peletonu. Niektórzy nazywają przecież TdP 2013 najlepiej zrealizowanym telewizyjnie treningiem świata.
Zmieniło się podejście do kalendarza. Kiedyś zawodnicy wypruwali sobie żyły przez cały rok. W końcu walka na dystansie nawet 100 km to nie to samo co trening 200 kilometrowy.
Inna sprawa, że w tamtych latach doping był na porządku dziennym, ale nie tak wyrafinowany jak dzisiejszy. Była amfetamina, kortyzol.
Czy dzisiejsze kolarstwo jest czyste? Wg ostatnich informacji w TdF'13 nikogo nie złapali. Ale próbki siedzą w lodówkach i kto wie czy za 10 lat ich nie odmrożą i po zastosowaniu nowych metod klasyfikacja Touru nie wywróci się do góry nogami?