Dzisiaj wróciłem na typową trasę po sporej przerwie

Pękła mi opona w środę i musiałem weekend przeczekać z dalszymi trasami. Oczywiście byłem się przejechać na normalnym rowerze na weekendzie i nie tylko, ale były to odległości rzędu 10-20 km jakoś tak, których nie uwzględniam w moim dzienniczku. Już miałem taki cholerny głód, że nie mogłem wytrzymać. Jechało mi się bardzo przyjemnie, wszystko sprzyjało, oprócz jednej rzeczy. Całą drogę jechałem bez jednej szprychy. Ojciec mi mówił przed wyjazdem, że nie masz szprychy, a ja tak obiłem o uszy i tyle. Potem jadę, a tu nagle tak dziwnie się jedzie, tak lekko podskakuje nawet, myslę co jest do cholery, a to tak, ta szprycha to powodowała

Ale mimo wszystko jakoś przejechałem. Mówię Wam świetnie mi się jechało, świetna pogoda, ani za gorąco, tylko przyjemnie ciepło

W dodatku fajna pora, podwieczór

Wyjazd z mojej wioski, potem w Rakszawie wyskakuje na Łańcut. Oczywiście przystanek w Łańcucie ( po jakiś 25 km ) na lody, picie i snickersa

I oczywiscie niezbedne słuchawki

I potem dalej w drogę, już w kierunku domu

Oczywiście nadłożyłem sobie trochę drogi jadąc drogą nie prowadzącą prosto do mojego domu, lecz gdzieś indziej, a żeby trasa była dłuższa. Podczas drogi nie musiałem pokonywać za wiele podjazdjów, jeden w Łańcucie taki ostry, naprawdę ostry, a poza tym to jeszcze ze dwa takie lżejsze... No ale mieszkam w takim terenie gdzie górek raczej nie ma także wiecie
Dystans : 80 km
Ogólny czas : 3:30. ( 17-20:30 )
Największa prędkość : 52 km/h
Pogoda : idealna, plus piękny zachód słońca który mi długo towarzyszył

W ogóle uwielbiam takie wieczorne trasy. Fajny taki klimat jakiś.
P.S Odczuwam nogi, zwłaszcza gdy chodzę, albo biegnę, oj odczuwam