Napisano 16 marzec 2010 - 07:58
Przepraszam, że sporo tekstu wyszło, ale to tak na gorąco napisane i dlatego.
Na przykładzie dotychczasowych wypowiedzi, dostrzegam wyraźnie jak różne jest podejście do kolarstwa i jakże odmienne są oczekiwania userów od kolarzy.
Zwłaszcza sprawa dopingu wywołuje zawsze wrzawę i rozmaite opinie, często emocjonalne, nie oparte o fakty i wiedzę.
Na ile są one uprawnione i na ile opierają się na jakiejkolwiek wiedzy o realiach wyczynowego uprawiania kolarstwa? Śmiem twierdzić, że artykułowane przez wielu uwielbienie dla niektórych kolarzy wynika z jakiegoś romantyzmu opartego na ideałach Konrada Wallenroda.
Wydaje mi się, iż oceniając występy sportowców, trzeba umieć rozróżniać warunki i wymagania towarzyszące uprawianiu każdego sportu. Przynajmniej ja zawsze dzielę sport na poziomy: na poziom początkujących, amatorów, półprofesjonalistów, profesjonalistów i cyrkowców. Wynika to po części z posiadanej odrobiny wiedzy z zakresu fizjologii wysiłku w tym biochemii oraz o istocie treningu a także ze sposobu odbierania sportu i uczestniczących nim aktorów.
Dla mnie SPORTEM jest to, że od ponad 40 lat pedałuję zachowując przy tym dobre zdrowie, że mogę jeszcze bez problemu osiągnąć puls 180 i nie spadnę przy nim roweru, że mam radość z obcowania z przyrodą, że posłucham sobie szumu wiatru w uszach lub śpiewu ptaków gdy jadę przez las.
SPORTEM dla mnie jest też zabawa żaków i młodzików w kolarstwo. Ale WYCZYNEM jest już poziom juniora i młodzieżowca. Natomiast poziom PROFI to dla mnie najzwyklejszy CYRK z elementami sportowymi.
Zakodowałem w swojej świadomości istotny fakt, że już od pewnego etapu zaawansowania treningowego i startowego, by osiągnąć i utrzymać należyty poziom sportowy wskazane jest wspomaganie farmakologiczne, a od pewnego etapu profesjonalizmu/cyrku w sporcie wspomaganie takie jest dla zawodników nieodzowne dla uzyskania poprawy poziomu sportowego, ale i – co jest niezmiernie ważne – jest dla bardzo wielu kolarzy konieczną metodą/sposobem utrzymania już osiągniętego poziomu sportowego (status kolarzy w wieku ponad 30 lat).
Wynika to z faktu, że:
- istotnie wydłużyła się długość czasu aktywności sportowej oraz okres utrzymywania życiowej formy. Kiedyś - podobnie jak i obecnie - kolarz zaczynał uprawianie rzemiosła w wieku 13-14 lat, ale kończył je w wieku przed trzydziestym rokiem jako weteran. Obecnie wiek 30 lat to często okres osiągania najlepszych możliwości sportowych. Pomogły w tym nowoczesne metody trenowania, ale głównie farmakologia, lepsza odnowa biologiczna,
- większość zakazanych w sporcie substancji jest wytwarzana przez organizm człowieka. Ale ilość tak wytwarzanych substancji wystarcza tylko do podtrzymywania funkcji życiowych i jest daleko niewystarczająca by uprawiać sport wyczynowo na najwyższym poziomie,
- od wysokiego poziomu wyczynu począwszy - z racji intensywności startów, ogromu przejeżdżanych kilometrów i trudności, zawodnicy ci muszą być obejmowani (czy to z inicjatywy teamu lub zawodnik sam wyszukuje sobie medyka do stałej współpracy) intensywną opieką medyczną, jaką nam szarym zjadaczom chleba trudno sobie wyobrazić. Szczególnie troskliwą opiekę roztacza się w okresie przygotowawczym i startowym, a to w celu takiego ordynowania treningów i wspomagania, by organizmowi niczego nie brakowało, by ustalić najlepszą z możliwych diet, by zapewnić zawodnikowi jak najefektywniejszą regenerację powysiłkową, by forma sportowa rosła w sposób planowy, na określony termin. A że wiedza i fakty szybko się rozpowszechniają i że trafiają pod strzechy to i niedotrenowany/początkujący zawodnik lub masters walczący w wyścigu o czapkę śliwek też ma ambicję wspomagania się. A że przebiegłość i chęć przechytrzenia rywali jest przeogromna, przeto mamy to co ktoś opisywał (kosze i rowy na trasie wyścigów juniorów, elity, masterów) pełne śmieci po zażytych najprzeróżniejszych „cudownych” preparatach mających zagwarantować tryumf. To dla mnie nie jest wyczyn ani tym bardziej sport. To najzwyklejsza błazenada,
- podawanie zawodnikom wspomagania farmakologicznego - wychodzę tu z założenia teoretycznego - oparte jest o bardzo dokładne i często ponawiane badania laboratoryjne, których skutkiem są ordynowane pigułki (często i kolorowe), iniekcje oraz dożylne wlewy. Zwłaszcza te ostatnie są uniwersalnymi bowiem jednorazowo można podawać zestawy dozwolonych dopałek (leki, witaminy, enzymy, albuminy, elektrolity, pierwiastki śladowe, itp.) chroniące np. przed odwodnieniem, uodparniające na wysokie temperatury, osłaniające układ trawienny i krążeniowy, itp. Można w konkluzji stwierdzić, że taki zawodnik w okresie przygotowawczym i startowym to chodzące/jeżdżące laboratorium chemiczne, pracujące na najwyższych obrotach przemian biochemicznych, że jego organizm ma tak zbilansowane poziomy i udziały pierwiastków i minerałów, że łatwo o doprowadzenie do zaburzeń przemiany biochemicznej i mogących budzić wątpliwości wyników badań antydopingowych.
Wystarczy mały stres, infekcja, zatrucie pokarmowe by organizm zareagował nie tak, by czegoś wytworzył więcej lub mniej (np. testosteronu, kortyzolu, hormonu wzrostu, czy hormonu DHEA, itp., itd.), by doszło do zachwiania misternie budowanej równowagi mieralno - witaminowej, hormonalnej, proteinowej, itp.. W następstwie tego niezmiernie łatwo dochodzi do przekroczenia dopuszczalnego poziomu któregoś składnika, spośród znajdujących się na zakazanej liście . Ot, choćby poziom słynnego hematokrytu i podejrzeń o stosowanie EPO. Jeżeli przyjąć, że przed startem zawodnik ma hematokryt na poziomie 48 % to po bardzo wyczerpującym wyścigu, w przypadku przyjmowania odrobinę zbyt małej ilości napojów może dojść do takich zmian w składzie osocza zawodnika, że w rezultacie zagęści się krew. Gdyby krew takiego zawodnika pobrano na badanie bezpośrednio tuż po minięciu mety byłoby na bank pewne, że normatywny 50 % górny poziom hematokrytu miałby przekroczony. Dlaczego taki przykład podaję? Bo w kwestii badań antydopingowych bardzo ważny jest moment, kiedy zostaną pobrane próbki do badań, czy np. bezpośrednio po zejściu zawodnika z roweru, czy np. po godzinie, kiedy organizm trochę wypocznie, procesy przemiany biochemicznej się wyregulują, gdy zawodnik uzupełni poziom płynów. Można by tutaj opisywać mnóstwo przykładów, akurat przykład wahań w poziomie hematokrytu bezpośrednio przed wysiłkiem i tuż po wysiłku jest najłatwiejszy do przedstawienia, a wynika to z badań wysiłkowych prowadzonych w polskich laboratoriach. Z analiz, czarno na białym wynika, że nawet 30-40 minutowa próba wysiłkowa, podczas której zawodnik wykonując średnio ciężki wysiłek (nieporównywalnie mniejszy z zawodnikiem Pro Tourowym) i nie przyjmując podczas próby płynów, ma wzrost poziomu hematokrytu o 3-5 punkty procentowe wyższy w stosunku do poziomu sprzed próby, tzn. np. z 45 na 48 czy 49 %. Podobnie, istotne wahania widoczne są w wynikach badań chemii krwi, są istotne różnice w poziomie elektrolitów, pierwiastków śladowych, zakwaszeniu, itp. Gdyby badać morfologię krwi dzień po dniu wyścigu wieloetapowego okazuje się, że jakość krwi pogarsza się często istotnie, spada poziom czerwonych ciałek krwi, spada wskaźnik hemoglobiny, wzrasta poziom białych ciałek krwi, itp.
Dlaczego to podaję?.
Dlatego, że uwzględniając te uwarunkowania zwykło się przyjmować, że:
- istnieje zawsze domniemanie niewinności zawodnika, nawet w przypadku pozytywnego wyniku badania antydopingowego, chyba że zawodnik sam zrezygnuje z kontrbadania próbki B. Dopiero gdy próbka B potwierdzi uprzedni wynik i zawodnik się przyzna do stosowania niedozwolonego dopingowania się, sprawa staje się jasna. Gdy zawodnik się nie przyznaje, zawsze jest wątpliwość, czy czasem wynik pozytywny, mimo wszystko nie jest skutkiem nieprzewidywalnej i niewytłumaczalnej reakcji zawodnika na wysiłek włożony w pokonanie etapu wyścigowego lub też nie został wprowadzony w błąd przez prowadzącego lekarza/fizjoterapeutę,
- zawodnicy nie lubią dnia odpoczynku w trakcie wyścigu wieloetapowego, bowiem taki dzień wprowadza do biochemii organizmu ogromny bałagan, zakłóca funkcjonowanie organów wydzielających insulinę, krew, hormony, itp., co rodzi ryzyko, że następnego dnia pod wpływem wysiłku skutki tych zakłóceń mogą być nieobliczalne.
- zawodnicy zawodowego peletonu mają do wykonania określone zadania. Stąd nieporozumieniem jest, gdy kibice oczekują, że raptem cały liczący 100 czy 140 zawodników peleton rzuci się do zażartej rywalizacji i wszyscy będą ze wszystkimi walki, uciekali, likwidowali ucieczki i wygra najlepszy. Otóż nie. Trzeba wiedzieć, że jeżeli na starcie staje np. 15 zespołów 9 osobowych to do wygrywania jest potencjalnie 15 zawodników. Są nimi liderzy poszczególnych teamów, kwestią pozostaje, czy będą to sprinterzy, czy górale, czy czasowcy. Ale to wynika już z charakterystyki wyścigu/dystansu. Nie można oczekiwać i przeżywać rozczarowań, że któryś z zawodników nie atakował i że nie wygrał. Po prostu nie wolno mu było, bo zwycięstwo/możliwość zajęcia lepszej lokaty jest zagwarantowane liderowi zespołu. Najlepiej tę hierarchię widać w wyścigach wieloetapowych. Tak to już w zawodowym peletonie jest.
Wracając do meritum sprawy wspomagania się:
- zawodnik wspomaga się sam - często potajemnie i wówczas daje najczęściej ciałka podwójnie. Raz, że robi to niesystematycznie, niemetodologicznie, a przede wszystkim chce by to mało kosztowało, więc używa preparatów często używanych do wyrobu środków do usuwania kamienia, powłok lakierniczych, dla zwierząt, itp. Takie działania i skutki jego muszą być zawodnikowi znane, gdyż wie co bierze i w jakim celu,
- zawodnik obejmowany jest zorganizowanym i nadzorowanym przez kierownictwo swojego zespołu wspomaganiem i wówczas zawodnik niema zielonego pojęcia co mu jest podawane czy to odżywkach, czy to w tabletkach czy w iniekcjach lub wlewkach. Lekarz lub fizjolog nie ma zamiaru ani najmniejszej potrzeby tłumaczenia zawodnikowi co podaje i dlaczego. Po pierwsze niby dlaczego miałby upowszechniać posiadaną unikalną wiedzę bez żadnej gwarancji, że zawodnik coś z tego zrozumie, po drugie do czego to zawodnikowi byłoby potrzebne. On wie, że będzie OK., musi zaufać sztabowcom.
Jeżeli objęci takim nadzorem zawodnicy zawodowi mimo wszystko się wspomagają w sposób niedozwolony, to są najzwyklejszymi durniami i robią to na ryzyko własne i kibic nie powinien się tym przejmować – przynajmniej mnie to ani parzy ani ziębi, bo ja z nimi nie rywalizuję, niech tym się przejmują ich rywale.
Ja mam swoją teorię sportu. Według mnie zawodnik profi wykonuje swój zawód i stara się to robić jak najlepiej i jeżeli wpadnie, to jego problem i problem jego rywali.
Przyjąłem opcję, że najlepszym dla mnie jako kibica kolarstwa jest kibicowanie kolarstwu, jako dyscyplinie sportowej. Zatem nie podniecam się konkretnymi nazwiskami kolarzy zawodowych i ich wynikami. Ja sam, co wielokrotnie podkreślam, kibicuję tylko kolarstwu, jestem jego pasjonatem, ulubionych kolarzy w ogóle nie mam, nie znam nawet wielu nazwisk o których piszecie. Oglądając wyścigi koncentruję się tylko na technicznej stronie wyścigu, czyli oceniam styl jazdy, umiejętności, serce do walki, taktykę, itp. A czy wygra X czy Y to mnie to ani parzy ani ziębi, bo wiem, ze każdy z nich nafaszerowany jest chemia jak wielkanocna wędzonka saletrą.
Niektórzy z zawodowych kolarzy wpadli na niedozwolonym dopingu, innych podejrzewa się o proceder. Nie robię z nich ani bożyszczy ani nieszczęśników życiowych. Po prostu poszczególne fakty z ich dokonań przyjmuję do wiadomości i nie komentuję.